Ostatnio tak sobie myślę o tym naszym "ogniu". Fajnie to brzmi w piosenkach, ale w życiu? W życiu bywa po prostu męczący. Bo jedna głupia iskra, jedno słowo za dużo i nagle w domu mamy pożar, którego nikt nie zamawiał.
I wiecie, co jest w tym najdziwniejsze? Jesteśmy ze sobą już 11 lat. Teoretycznie powinniśmy być już oazami spokoju, które wszystko potrafią przegadać na chłodno. A tymczasem? Tymczasem potrafimy się zaciąć w tej kłótni tak, jakbyśmy mieli po 16 lat. Ten sam upór, to samo „moje musi być na wierzchu”, ten sam nastoletni bunt, który każe nam walczyć do ostatniej kropli krwi o swoją rację – choć po dekadzie wiemy już przecież, że w związku racja to marna nagroda.
I wtedy pojawia się ten moment. Wybór.
Albo dorzucę do pieca, bo czuję, że muszę to z siebie wyrzucić, albo sięgnę po tę cholerną gaśnicę. I powiem Wam szczerze: nienawidzę jej podnosić. Jest ciężka, niewygodna i w tej jednej sekundzie, gdy buzują we mnie emocje, czuję się, jakbym przegrywała walkę o siebie. Bo użycie gaśnicy to nie jest żadne „zen”. To jest walka z własną naturą. To jest zagryzienie wargi, kiedy na końcu języka mam już tę idealną, ciętą ripostę, która by go totalnie „dobiła”.
I wiecie co? Nie zawsze mi się udaje.
Czasem ta gaśnica jest dla mnie po prostu za ciężka. Czasem udaję, że jej nie widzę i z pełną premedytacją dolewam benzyny, bo bycie „tą dorosłą” jest w tej chwili ponad moje siły. Wyrzucam z siebie to jedno zdanie za dużo i… patrzę, jak płonie.
A potem? Potem mija godzina, ciśnienie schodzi i zaczynam się sama z siebie śmiać. Nie dlatego, że kłóciliśmy się o bzdurę, bo my nie kłócimy się o drobiazgi. Śmieję się z tego, jak bardzo daliśmy się ponieść tym nastoletnim emocjom, mimo że przecież tak dobrze się znamy. Śmieję się z tego naszego wspólnego uporu, który po 11 latach wciąż potrafi nas tak "odpalić".
Bo po ugaszeniu ognia wcale nie ma fanfar. Jest cisza i ten głupi biały pył, który trzeba potem wspólnie sprzątać. Czasem to sprzątanie zaczyna się właśnie od tego, że patrzymy na siebie i dociera do nas, że znów daliśmy się wkręcić w ten sam schemat co dekadę temu.
Uczę się podnosić tę gaśnicę coraz częściej. Nie dlatego, że stałam się idealna, ale dlatego, że po tych 11 latach po prostu bardziej cenię nasz wspólny spokój niż chwilowe zwycięstwo w kłótni. I choć czasem jeszcze zdarzy mi się coś "podpalić", to przynajmniej wiem już, że najważniejsze to umieć potem razem przewietrzyć pokój. 😍🙂
Dodaj komentarz
Komentarze